Wyobraź sobie taką sytuację: siedzisz w hipsterskiej kawiarni, ręka leży na najnowszym MacBooku, w ręce latte z mlekiem owsianym, a obok leży Twój wciąż jeszcze cieplutki produkt do sprzedaży online. Masz plan, masz stronę i… masz błąd w treści. Mały, ale psuje cały vibe. Klient czyta: „Zainwestuj w nasz produkt i zobacz, jak Twój chajs pracuje dla Ciebie!” I już dzwoni do Ciebie dział marketingu z krzykiem: „Co to jest CHAJS?!”. Ano właśnie, napiszemy dziś o tym, jak małe błędy mogą kosztować… no cóż, hajsy.
Chajs kontra Hajs – co mówi słownik (i babcia Zosia)
Zacznijmy od podstaw: „hajs” to słowo pochodzenia angielskiego (cash), które na dobre zagościło w polskim slangu. Młodzież mówi, biznesmeni po godzinach mówią, nawet kabarety mówią. Jest swojsko, lekko z pazurem i na pewno nieformalnie. „Chajs” natomiast to jego nieudana kopia, literówka, która przypadkowo zaczęła żyć własnym życiem – szczególnie w komentarzach internetowych i memach. Ale w poważnych tekstach biznesowych taki błąd to jak wrzód na czole przy pierwszym spotkaniu z klientem.
Czy „chajs czy hajs” to naprawdę aż taka różnica?
A jakbyś zareklamował swój produkt słowami „Mega jakośc”? Gwarantujemy: „chajs” działa tak samo. To nie tylko literówka – to sygnał, że albo nie przyłożyłeś się do tekstu, albo ktoś w Twojej ekipie zasnął nad klawiaturą. A jeśli klient widzi „chajs” zamiast „hajs”, w jego głowie zapala się alarm: „Nieprofesjonalnie!”. I nawet jeśli sprzedajesz najgenialniejsze skarpetki z bambusa – możesz już tego hajsu nie zobaczyć, bo zaufanie poległo na jednej literze.
Hajs się zgadza… pod warunkiem, że słowa też
SEO copywriting nie polega tylko na wrzuceniu słów kluczowych i czekaniu, aż Google zrobi resztę. Pisząc „chajs” zamiast „hajs” możesz przypadkiem wypaść z fraz, które rzeczywiście przyciągnęłyby Twojego klienta. W końcu „chajs” nie istnieje w poprawnym języku, więc nikt go nie szuka – chyba że chce pośmiać się z językowych wpadek w internecie. A chyba nie chcesz, żeby Twoja firma była na czele listy top błędy roku, które rozwaliły kampanię.
Mały błąd, wielki efekt (albo jego brak)
W digitalowym świecie, gdzie każda sekunda scrollowania to walka o uwagę konsumenta, nie masz luksusu bycia niedokładnym. Może się wydawać, że „chajs czy hajs” to spór o przecinki, ale język jest Twoją wizytówką. Gdy klienci widzą profesjonalną, dopracowaną treść – bardziej Ci ufają, chętniej kupują i (co najważniejsze) wracają. Jeden błąd, jedna literówka i boom – konwersje spadają szybciej niż Netflix w piątkowy wieczór po premierze serialu.
Jak nie dać się „chajsowi” – kilka trików dla przedsiębiorczych
- Weryfikuj swoje teksty – Grammarly, LanguageTool albo kolega z dobrym okiem i kubkiem kawy – każdy sposób jest dobry.
- Korzystaj z usług SEO Copywritera – nie tylko dobrze napisze, ale jeszcze wrzuci kilka fraz, które wywindują Cię na pierwszą stronę Google.
- Nie ufaj autocorrectowi – on czasem działa jak pies na rolkach. Niby się porusza, ale nie wiadomo dokąd i po co.
- Pisz tak, jakbyś sam chciał to przeczytać – jeśli coś brzęczy w uszach, prawdopodobnie to nie złoty pomysł, a złe słowo.
Najlepsze jest to, że kiedy raz zobaczysz różnicę między „chajs” a „hajs”, już nigdy ich nie pomylisz. A Twoi klienci to docenią – może nie publicznie i niekoniecznie wręczą medal, ale robiąc zakupy, zostawiając dobre opinie i polecając dalej.
Poprawność językowa w tekstach marketingowych to nie fanaberia. To fundament, na którym buduje się zaufanie i profesjonalny wizerunek marki. „Chajs” to nie żadne modne słówko ani sprytny zabieg stylistyczny – to po prostu błąd. A błędów w komunikacji nie wybacza ani klient, ani Google. Dlatego zanim klikniesz „opublikuj”, zrób sobie kawę, wróć do tekstu i rzuć okiem raz jeszcze. Może właśnie uratujesz swój budżet reklamowy i trochę własnego hajsu. Bo przecież „hajs się musi zgadzać”, ale pod warunkiem, że najpierw poprawnie go napiszemy.
Przeczytaj więcej na: https://blogkobiety.pl/chajs-czy-hajs-ktora-forma-jest-poprawna-w-jezyku-potocznym/